KOSTNICA TV FILMY I FILMIKIGALERIANOWOŚCI KSIAŻKOWEFRAGMENTYKINO - ZAPOWIEDZI, PREMIERY          nasz serwis EOPINIER.PL

patronaty.jpg (2614 bytes)
FILMLITERATURATEORIAGRYFORUMLINKI
RECENZJE FILMOWERECENZJE KSIĄŻEKWSPOŁPRACAOPOWIADANIAPUBLICYSTYKANAPISZ DO NASPROSTO Z PIECAZŁOTY KOŚCIEJ

Wakacje mojego życia

Ponoć głupi ma zawsze szczęście. Jeśli to prawda to ja jestem chyba najgłupszym człowiekiem na ziemi.

Miesiąc temu po raz pierwszy w swoim niekrótkim życiu wzięłam udział w loterii telewizyjnej. Pomyślałam - a co mi tam, po czym wysłałam sms’a.

- Jestem szczęściarą wygrałam stratę pięciu złotych – krzyknęłam i cała rodzina wybuchła śmiechem.

Był już późny wieczór, koło dwudziestej drugiej, gdy zadzwonił telefon. Jaki geniusz wydzwania o tej porze?- chodziło mi po głowie. Gdy wreszcie odebrałam ktoś krzyknął do słuchawki – Gratulacje! Wygrała pani naszą nagrodę główną! W tym momencie szybko przełączyłam na wcześniejszy program i ujrzałam swoje nazwisko widniejące na ekranie jako wielki zwycięzca.

Nie mogłam w to uwierzyć, po chwili pobiegłam do pokoju dzieci i obudziłam je radosnym krzykiem – Jedziemy na wakacje swojego życia!

Otóż Głowna nagrodą była tygodniowa, rodzinna wycieczka na wyspę Avain oraz kieszonkowe w wysokości dwóch tysięcy złotych na głowę.

Wszyscy moi bliscy skakali z radości: rodzice, mąż, córki, gdyż mogłam zabrać ich wszystkich na te cudowne wczasy.

Teraz miesiąc po całym zajściu wreszcie jedziemy na porządny odpoczynek.

Lot na tajemniczą wyspę odbył się bez żadnych problemów typu turbulencji czy czegoś w tym stylu. Dlatego zgodnie z planem dotarliśmy na miejsce o godzinie piętnastej.

Tuż po wyjściu z samolotu przywitał nas właściciel hotelu, w którym mieliśmy się zatrzymać. Był niewysokim szatynem, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Wyglądał, jakby to, że organizatorzy konkursu wybrali właśnie jego własność, było spełnieniem jego marzeń. Na początku odprowadził nas do budynku i osobiście wskazał nasze pokoje, a następnie zaproponował wspólny spacer po wyspie, na co chętnie się zgodziliśmy.

Podczas marszu z ogromnym zaangażowaniem opowiadał o historii mijanych miejsc i legendach z nimi związanych.

- Właśnie przechodzimy obok bardzo interesującego dworku. Krąży o nim wiele bajek, lecz prawdziwość jednej z nich boi się podważyć każdy mieszkaniec Avain. Jeśli państwo pozwolą opowiem ją – nie sprzeciwialiśmy się, więc kontynuował – Otóż dwieście lat temu budynek ten zamieszkiwał Wielki Książe Adios II, będący praprawnukiem pierwszego króla wyspy Avaina I. Zakochał się on z wzajemnością w prześlicznej córce wiedźmy Oktawiany. Na nieszczęście młodych ta dowiedziała się o tym od wiejskiego konfidenta, dzisiaj już zapomnianego z imienia. Wściekła czarownica zamieniła urodziwą dziewczynę w uosobienie brzydoty, a jej kochanka w goryla. Nieszczęsny Adios wiedział, że nie może już być ze swoją ukochaną, a tym bardziej przynieść hańbę ojczyźnie, dlatego uciekł do lasu gdzie pozostał do końca swoich dni. Gdy o zaistniałej sytuacji usłyszał król Adios I kazał nadziać na pal wieśniaka, a wiedźmę spalić podczas najbliższej pełni księżyca. Ponoć gdy kobieta była uwięziona w lochu rzuciła czar, dzięki któremu księżyc nigdy więcej nie mógł być w pełni, przez co ona nie zostanie spalona. Legenda głosi, że w jednym z lochów nadal jest uwięziona Oktawiana, a czasem nawet słychać jej donośny śmiech. Ludzie powiadają, że każdy kto przekroczy próg tego dworu już nigdy go nie opuści i spędzi wieczność razem z czarownicą oraz skaże na wielkie męczarnie wszystkich swoich bliskich. – zrobił krótką przerwę, po której uśmiechnął się i dodał – Ale nie martwcie się drodzy państwo, u nas ludzie gadają różne głupoty. – roześmiał się – Ale się rozgadałem, chyba czas już wracać do hotelu, nie sądzą państwo?

 

W ramach odpowiedzi tylko przytaknęliśmy.

Po powrocie wszyscy zjedliśmy przepyszną obiadokolację i udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Kilka godzin później i dzieci, i rodzice już spali, tylko ja wraz z mężem siedzieliśmy jeszcze przy kieliszku czerwonego wina.

- Miły ten hotelarz, czyż nie? – zaczęłam rozmowę.

- Jest świetny, ale gaduła z niego straszna – zaśmiał się Marek.

- Ach, tak to prawda, ale te mity były całkiem ciekawe. Zwłaszcza ta o tym Adiosie.

- Była genialna, ale chyba się jej nie boisz? – spytał, z dziwnym wyrazem twarzy.

- Ja, a skąd! Choć wolę nie wchodzić do tego dworku. – odpowiedziałam.

- Cha! Cha! Cha! Strach cię obleciał. Tego to ja się nie spodziewałem, po mojej żonce, po wielce odważnej Adriannie Król. Cha! Cha! Cha!

- To jeszcze zobaczymy kto tu jest tchórzem! – krzyknęłam, po czym uświadamiając sobie, że inni śpią ciszej dodałam – Jutro po północy razem idziemy do zamku, nie stchórzysz?

- Ja, a skąd! Chodźmy więc spać, jutro będzie ciekawy dzień!

Następnego dnia już od rana rzucaliśmy sobie dziwne spojrzenia i oboje nie mogliśmy doczekać się wieczoru, licząc, że któreś obleci strach.

Wieczorem odprowadziliśmy rodziców do ich pokoju, uśpiliśmy nasze dwie córeczki: Kasię i Joasię, i wymknęliśmy się do tajemniczego budynku. Szliśmy koło godziny, aż wreszcie stanęliśmy przed starą budowlą, która przy blasku księżyca wyglądała przerażająco. Musiałam wyglądać na przerażoną, gdyż mój mąż zaczął się śmiać, po czym dodał:

- To jak kochanie wracamy?

- Chyba śnisz! A jak ci mało możemy spędzić noc w tych lochach!

Złapaliśmy się za ręce, żeby wyczuć, gdyby któreś chciało uciec i zaczęliśmy coraz bardziej zbliżać się do budynku. W końcu stanęliśmy tuż przed wielkimi renesansowymi drzwiami. Wyciągnęłam rękę, żeby je otworzyć, ale to Marek był szybszy.

- Możemy się jeszcze wycofać. – szepnął

- Jeśli się boisz to wracajmy, a w hotelu od razu zadzwonię po twoją mamusię, albo użyczę ci swojej!

- Czyli wchodzimy. – powiedział bez przekonania.

Weszliśmy po kilku chwilach patrzenia sobie prosto w oczy. Mimo marnego światła z latarki wnętrze dworku przepięknie się prezentowało. Śliczne renesansowe meble, ściany z marmuru, kilka trupów zwisających z sufitu. Zaraz, zaraz… Trupów!? Oboje z mężem zaczęliśmy się cofać, chcieliśmy  uciekać ale drzwi były zamknięte. Próbowaliśmy je wywarzyć, ale ani drgnęły. Jeszcze do nas docierało, że to już koniec. Przed nami pojawiła się postać. Była trupiobladą brunetką w czarnej, poszarpanej sukni, z kośćmi zamiast, rąk, nóg… tak właściwie to była szkieletem, nie licząc twarzy. Nagle jej usta wykrzywiły się w złowieszczym uśmiechu, po czym wybuchła tym słynnym śmiechem. Nie wiedząc co robić wybuchłam płaczem. W tym czasie upiór bawił się ciałami wisielców, jakby dając nam czas na ostatnią rozmowę. Jednak my nie mieliśmy na to sił, jedynym co zrobiliśmy było mocne przytulenie się do siebie nawzajem i czekanie na to co będzie. Wiedźma popatrzyła na nas, podniosła swoje „dłonie”, co przywołało jakąś nienormalną siłę ciągnącą nas w kierunku lochów. Gdy dotarliśmy w jednym z nich zobaczyliśmy dwie malutkie laleczki, natomiast w następnym dwa manekiny. Mimo załzawionych oczu dostrzegłam w nich swoje córki i rodziców, zaczęłam się wyrywać, chciałam biec w ich stronę, lecz było już za późno – kostucha przykuła nas do ściany.

- Ileż głupców chodzi po tym świecie – usłyszeliśmy głos Oktawiany, który wydawał się dochodzić z królestwa piekieł – każdego biedak Odrin ostrzega, a nikt nie słucha. Cha! Cha! Cha! A może tym razem nie głupcy? Może chcieli być mym towarzystwem? Oj biedacy, ja już mam przyjaciół i to tysiące. Cha! Cha! No ale skoro nalegacie. Co powiecie na obejrzenie sztuki na początek znajomości?

Mimo, że pytała, to nie oczekiwała żadnej odpowiedzi. Nawet nie miał kto jej udzielić, gdyż podczas jej przemowy „latający” nóż odciął mi i mężowi języki, które następnie trafiły do naszych żołądków.

Po chwili ciszy, jak sądzę podczas której ktoś miał protestować, „sztuka” się rozpoczęła. Jako pierwsze zagrały moje ukochane dziewczynki. Młodsza z nich – Kasia zrobiła smutną minę i powiedziała:

- Mamusiu! Tatusiu! Czy nas nie kochacie? Mamusiu! Tatusiu! Czemu pozwalacie na nas krzywdzić? Mamusiu! Ta… - nie skończyła, gdyż starsza powoli cięła jej brzuszek i wyjmowała z niego wnętrzności.

Następnie do gry weszli starsi, którzy nie śpiesząc się zaczęli zjadać Joasię wołającą : Mamusi! Tatusiu! Dlaczego nas nie kochacie?

Moja twarz cała była zalana łzami, moje ciało zostało połamane, chyba w każdym miejscu, od ciągłego wyrywania się. Próbowałam choć na chwilę spojrzeć na Marka, ale nie wiedzieć  czemu nie potrafiłam. Nigdzie indziej nie mogłam patrzeć tylko na moich rodziców wieszających się z moim i mojego małżonka imieniem na ustach. Gdy ich zwłoki już wisiały, nadleciały setki ptaków, które w kilka chwil zjadły całe ciała, łącznie z kośćmi. Po moich opiekunach nie pozostał nawet ślad, tak jak i po moich wychowankach.

-Brawo! Brawo! Czyż to nie była piękna sztuka? – krzyczała zjawa – Oj nie płaczcie! Wiem to było takie wzruszające, ale to tylko pierwsze z wielu takich przedstawień, nie martwcie się nie ostatnie!

Po tych słowach na każdej ścianie pojawiły się inne osoby przykute potężnymi łańcuchami.

- Oni przeszli to samo! Już nie odczuwają bólu, ani strachu, czują tylko szczęście, żyją naszą przyjaźnią. Popatrzcie to wasz przyszły los. Czyż to nie jest fantastyczne?

Agnieszka Ziara