Czego
się boją autorzy Oficynki?Kazimierz
Kyrcz, współautor książki "Efemeryda"
Zdaje
się, że nie byłem zbyt odważnym dzieciakiem, bo pamiętam, że kiedy puszczano na
dobranockę bajkę, w której występowała Baba Jaga, chowałem się za drzwiami i tylko
od czasu do czasu zerkałem, czy ta zła baba już sobie poszła. Nieco później
trafiłem na film "Kobieta Wąż" Johna Gillinga i tak mocno pobudziło to moją
wyobraźnię, że odtąd zamiast bawić się w chowanego czy berka bawiliśmy się z
kuzynostwem właśnie w... Kobietę Węża, czyli grę, której reguły sami
wymyśliliśmy... Minęły lata. Któregoś deszczowego lata czytałem "Dziecko na
niebie" Jonathana Carrolla. Siedziałem w rozpadającym się domu moich dziadków,
wieczór zmienił się w noc, na zewnątrz rozpętała się straszna burza z piorunami,
które uderzały coraz bliżej... Po zakończonej lekturze po prostu bałem się pójść
do łazienki.
Ewa
Ostrowska, autorka książki "Kamuflaż"
Nie
cierpię horrorów, za to przepadam za dobrymi thrillerami. Nie będę oryginalna,
preferuję Kinga (nie całego jednak). Czytając jego powieści, jednak się absolutnie
nie boję. Nie wzbudzają we mnie strachu. Podziwiam mistrzostwo tak formy, jak i treści.
Natomiast filmy, to zupełnie coś innego. Straszliwie się bałam, oglądając
"Lśnienie" czy "Misery", ale po za strachem nie odczuwam innych emocji, ot,
obejrzałam, bałam się i to wszystko. Za absolutnego mistrza tego gatunku zwanego
thrillerem uważam Romana Polańskiego. Nie dosyć, że jego filmy wzbudzają we mnie
ogromne napięcie (co dalej?), to są one mądre, prowokują refleksję, każą o sobie
długo myśleć, nie pozwalają się zapomnieć.
Inaczej jest z filmami z gatunku: "Uwaga, seryjny morderca grasuje". Na przykład
chyba już kultowy film "Psychopata" czy mu podobne powodują, że staram się jakby
od początku sama wykryć, kto to ten seryjny, i przeważnie strzelam w dziesiątkę.
Podobnie jest ze wszelkim "kryminałami". Moja uwaga skupia się, żeby odkryć
sprawcę.
Robert
Cichowlas, współautor książki "Efemeryda"
U
mnie wszystko zaczęło się od książek Grahama Mastertona, które pewnego razu
pożyczył mi wujek. To, jak bardzo przeraził mnie "Wyklęty" tego autora, nie da
się opisać. Obgryzałem paznokcie w trakcie lektury, czułem, jakby ktoś mnie
obserwował, stał za mną i karmił się moim lękiem. Bo "Wyklęty" to książka,
która sprawia, że ciarki przebiegają po plecach. To samo "Rytuał", "Podpalacze
ludzi", "Zwierciadło piekieł" i kilkadziesiąt innych książek Mastertona. Do
dziś czytam wszystko, co wychodzi spod pióra tego autora.
Piotr
Rowicki, autor książki "Fatum"
Ogólnie
rzecz ujmując, bardziej niż strzyg, duchów i upiorów bałem się zwierząt. Tych
zmutowanych oczywiście, które rzucały się na ludzi i ich pożerały, jak na przykład
ślimaki z filmu o takim samym tytule. Najstraszniejsze były sceny ataku, na przykład z
sałaty. Po czymś takim zwykły obiad jest koszmarem. A przecież horrory o zwierzętach
to cała kolekcja, muchy, pająki, mrówki, pszczoły. Każdy może okazać się mordercą
czyhającym na twoje życie a co ci może zrobić taki zdechlak w prześcieradle robiący:
uuuuu.
Na
drugim miejscu po owadach stawiam ptaki. Film Alfreda Hitchcocka potrafi przerazić nawet
dziś. I potem trudno, idąc po parku, nie zadzierać głowy w stronę kołujących stad
czarnych bestii. To klasyczny thriller, w którym od pierwszych sekund wyczuwa się
atmosferę wszechobecnej niepewności, niesamowitości i grozy.
Przypominam
też sobie straszny pod każdym względem horror produkcji czechosłowackiej pod tytułem
"Upiór z Feratu". Skoda poruszająca się za pomocą krwi wysysanej z nogi
kierowców. Zważając na wysokie ceny paliw, może warto by ten pomysł reaktywować.
Po
głowie chodzi mi też kilka polskich horrorów wyświetlanych w tak zwanym kinie nocnym.
To był prawdziwie "zakazany owoc" a jednocześnie bzdura na resorach, koszmarna
fabuła i aktorskie drewna przemieszczające się po ekranie! Nie raz rozsmakowując się
w tym przerażającym widowisku, udało mi się smacznie i spokojnie zasnąć.
Jedną
z najbardziej przerażających postaci w literaturze był dla mnie pies Baskerville'ów,
sam opis wystarczał, żeby się spocić: "czarny jak węgiel, olbrzymi - taki,
jakiego dotąd nie widziały oczy żadnego śmiertelnika. Z jego otwartej paszczy buchał
ogień, ślepia żarzyły się jak węgle, a po całym jego ciele pełzały migotliwe
płomyki. Nigdy nawet w majaczeniach chorego umysłu nie mogło powstać nic równie
dzikiego, przerażającego, szatańskiego, jak ten czarny potwór, który padł na nas z
tumanów mgły".
Parę
chwil grozy i autentycznego przerażenia zawdzięczam Edgarowi Allanowi Poe. Jego
opowieści są niejednoznaczne, nic nie jest w nich pewne, czy to duch, czy wytwór chorej
wyobraźni. O autorze też krążą różne tajemnicze i niewyjaśnione historie. Do dziś
toczone są spory dotyczące jego śmierci. Mówi się też, że trzymanie w domu jego
książek przynosi pecha, ciekawe jak to sprawdzić.
Katarzyna
Rogińska, autorka książki "Wieża Sokoła"
Jako
dziecko czytałam bardzo dużo całkowicie nieodpowiednich lektur. Gdy miałam jakieś
9-10 lat u babci znalazłam książkę z serii "Stanisław Lem poleca". Były
to opowiadania Stefana Grabińskiego, wybór ze wszystkich jego zbiorów. Bardzo duże
wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie "Dziedzina", szczególnie fragment, gdy pisarz
wchodzi do opuszczonego domu i jego wyobrażenia pożerają go, by nabrać większej
realności. I później ta ironia - potworek wychodzący z beczki na deszczówkę, oto
kwintesencja sławy, znaczenia, poczucia ważności... Ale najbardziej przeraziło mnie
inne opowiadanie, bodajże "Po stycznej", w sumie nie wiem, dlaczego. Śnił mi się
obrazowo moment, kiedy narrator wyciąga z pieca swoje ubranie, poplamione krwią kobiety,
którą zamordował kompletnie nieświadomie, pozostając pod wpływem autohipnozy.
Budziłam się z krzykiem, w końcu się przyznałam do grzechu "czytania strasznego".
Do dziś wracam do Grabińskiego i nadal uważam, że jest świetny.
|