KOSTNICA TV FILMY I FILMIKIGALERIANOWOŚCI KSIAŻKOWEFRAGMENTYKINO - ZAPOWIEDZI, PREMIERY          nasz serwis EOPINIER.PL

patronaty.jpg (2614 bytes)
WITAJ W SERWISIE KOSTNICA

FILMLITERATURATEORIAGRYFORUMLINKI

RECENZJE FILMOWERECENZJE KSIĄŻEKWSPOŁPRACAOPOWIADANIAPUBLICYSTYKANAPISZ DO NASPROSTO Z PIECAZŁOTY KOŚCIEJ
OPOWIADANIA UMIESZCZONE W SERWISIE KOSTNICA (jeszcze w domenie civ.)

Grzegorz Jarausz 2003 (Fei)     Ręce mordercy

 

 

                                                   Poniedziałek 20.XI.1995        3:28

 

    

     Znów miałem ten sen.

Nazywam się Michael Dougan i dzisiejszej nocy znów śniła mi się moja żona.

     Moja żona nie żyje. Właściwie sam już nie wiem od kiedy. Wewnętrzna logika, oraz szara oczywistość pewnych spraw sugerowałaby mi, że stało się to dwa lata temu. Jednak ja wiem, że jest inaczej. Dla mnie Sara umiera każdej nocy. Każdej nocy, gdy budzę się zlany potem i sam nie wiem co się ze mną dzieje.

Dla mnie, ona nigdy nie odeszła.

 

                                                  

                                                   Poniedziałek 20.XI.1995        7:00

 

     Przepraszam za ten dość pesymistyczny początek, ale od czasu do czasu, każdy musi dać upust swoim problemom. Wybacz Drogi czytelniku, że to właśnie Tobie przypadła rola odbiorcy moich żali, ale musimy sobie razem dać z tym jakoś radę.

Samemu jest ciężko. Wiem to nie od dziś. Te dwa lata, od kiedy Sara nie  żyje były bez wątpienia parą najbardziej cichych lat mojego życia. Dużo myślałem. Być może właśnie dlatego siedzę teraz tu przed komputerem, licząc skrycie na to, że dzieląc się z Tobą moimi przemyśleniami uda mi się zapomnieć o tragedii, która wciąż stoi za moimi plecami.  

Już na wstępie muszę Cię jednak rozczarować.... Nie mam zamiaru wtajemniczać Cię w moje życie osobiste.

Zresztą, jeśli uważnie czytałeś gazety przez ostatnie dwa lata, pewnie wiesz już o mnie wystarczająco wiele.

     Zostałem wyrzucony z pracy niedługo po nowym roku. Nie ma to jak udany pretekst. W moim wypadku było nim „znaczne obniżenie jakości pracy”. Na szczęście mojego szefa znałem już na tyle by jakoś dać sobie z tym radę. Tak, czy owak, nigdy nie przepadałem za oglądaniem ludzi, których jedyną niezaprzeczalną umiejętnością było wykrzywianie twarzy w nieudolnym grymasie żalu i współczucia. „Boże Mike, tak bardzo mi przykro” , „Niech Bóg ma ją w swojej opiece” , „Musiałeś bardzo ją kochać” .

Pewnie, że ją kochałem. Jak można być takim kretynem?

Oczywiście nie wszyscy pracownicy Jack’s Enterprise mogli się poszczycić tak olśniewającą konkluzją. Sam nie wiem dlaczego, może dlatego, że nie każdy miał okazję obudzić się  14 lutego 1993 roku obok ciała swojej zmarłej żony.

     Sara była piękna.

     Nawet wtedy.

 

    

     15 lutego 1993 gazety po raz pierwszy napisały o tajemniczej śmierci Sary Dougan. Tajemniczej o tyle, że nikt nie wiedział jaki był jej powód. Lekarze prześcigali się w snuciu coraz to ciekawszych teorii na temat jej zgonu.  Alergia na leki, niekontrolowany wylew, zawał. Żadnych śladów, które w jednoznaczny sposób mogłyby naprowadzić znawców na faktyczny powód agonii. Jeden lekarz sugerował nawet, ze była to próba samobójcza, gdyż krew znajdująca się w obrębie jamy brzusznej mogłaby świadczyć o przedawkowaniu  Isdorfiny- leku uspokajającego, który swego czasu zażywała Sara, jednak szczegółowe badania nie wykazały obecności tej substancji w organizmie mojej żony.

Przez blisko dwa miesiące lekarze policyjni głowili się nad tym problemem, jednak ostatecznie  w aktach widniało zdanie, które satysfakcjonowało  chyba wyłącznie prasę brukową – przyczyny zgonu nieznane.

     Znawcy znawcami, ale ja i tak wiem, że Sara nie umarła z powodu przedawkowania Isdorfiny. W podobnym stopniu nie był to również wylew, ani zawał.

Moja żona została zamordowana.

Tak, nie przesłyszałeś się, Drogi czytelniku- zamordowana z zimną krwią. Wiem, że to brzmi głupio i irracjonalnie, ale musisz mi zaufać.

     Zresztą, chyba  nie masz innego wyboru.

 

     

      Jack’a Morgana pierwszy raz spotkałem trzy lata temu, na zebraniu wszystkich grubych ryb redakcyjnego światka British Express. Mężczyzna dojrzały, blisko pięćdziesięcioletni, przystojny, z plątaniną stalowo szarych włosów na głowie.

Do dziś pamiętam moment, kiedy zostaliśmy sobie przedstawieni. Właściwie słowo „przedstawieni” nie do końca tutaj pasuje, gdyż Sara była tak bardzo zachwycona przyjęciem, ogromem wszystkiego, co ją otaczało, że sam musiałem się domyślić, że gospodarzem tej uroczystości, jest  właśnie Morgan .

Do dziś z uśmiechem na ustach wspominam, jak wraz ze swoją małżonką opychaliśmy się kawiorem, popijając przy tym gigantyczne ilości ponczu, w nadziei, że w ten sposób uda nam się przynajmniej w minimalnym stopniu zaoszczędzić na jedzeniu (nędzna pensja, jaką otrzymywaliśmy ze swoich redakcji była stanowczo zbyt niska jak dla naszej pary).

     Wracając jednak do Morgana. Już na początku zwróciłem uwagę na niesamowity spokój, jaki cechował zastępcę redaktora naczelnego British Express, sposób w jaki traktował swoich gości, był niewątpliwie ewenementem, jeśli chodzi o podejście do drugiego człowieka. Rzadko kiedy ma się okazję spotkać kogoś , kto traktuje cię, jak swojego najlepszego gościa, obsypuje komplementami, przedstawia ludziom  a jednocześnie swoim spojrzeniem zdaje ci się mówić „Wiesz, przed chwilą pierdoliłem twoją żonę”.

Właśnie taki był Jack Morgan, wyrafinowany, uprzejmy, a jednak mający cię głęboko w dupie, spoglądający na wszystko i wszystkich z góry, z charakterystyczną dla siebie, wyuczoną uprzejmością.

Chyba tylko Sara, ze swoją dziecinną naiwnością mogła nie zauważyć, jak bardzo jej szef manipulował ludźmi, ona jako jedyna zawsze mogła dostrzec w każdym „dobre strony”, nawet jeśli tą dobrą stroną była perfekcyjna umiejętność kopania grządek w ogródku.

Za to ją kochałem.   

 

 

     To przyjęcie utkwiło mi w pamięci nie tylko dlatego, że miałem okazję poznać Jack’a Morgana, zapamiętałem je do dziś, ponieważ miałem okazję uścisnąć dłoń mordercy mojej żony.

 

 

                                                    Czwartek  23.XI.1995         19:20           

    

   

      Dzisiaj spotkałem Beebee Deslays.

Miła starsza kobieta.

Usłyszałem kilka ciekawych historyjek (takich, którymi zazwyczaj karmią się wszystkie sześćdziesięcioletnie panie chore na raka),  między innymi o tym, że młody Billy Jason znęca się fizycznie nad swoją żoną („ A trzeba ci wiedzieć, drogi Michaelu, że oni są razem zaledwie od miesiąca!”)  i o tym, jak to starsza Nora Wilson dostała propozycję matrymonialną od trzydziestoletniego, szpitalnego pielęgniarza, który podłączał jej nowy cewnik. Oczywiście jak to z Beebee bywa, wszystkie informacje były ściśle zastrzeżone, oraz „oficjalnie niepotwierdzone” , tak więc postanowiłem nie przejmować się zbytnio agresją w domu Jasonów, a już tym bardziej miłosnymi podbojami panny Wilson.

Miło było jednak  porozmawiać z panią Desleys, zwłaszcza, że  ostatnimi czasy rzadko kiedy mam okazję porozmawiać z kimś życzliwym. Większość ludzi spogląda na mnie jak na trędowatego.

Sam już nie wiem – czy naprawdę wyglądam tak źle?

     Sara nigdy nie lubiła luster i być może to dlatego w naszym domu ich ilość ograniczała się tylko do jednego – zawieszonego na śnieżnobiałych kafelkach w ubikacji.

Swoją drogą, to zadziwiające jak bardzo przebywanie z drugą osobą może nas do niej upodobnić... W życiu nie pomyślałbym na przykład, że zostanę wegetarianinem pod wpływem mojej żony, nigdy nie uważałem, że zjadanie mięsa w jakikolwiek sposób może być niemoralne, a tym bardziej, że kiedykolwiek zmienię swoje zdanie w tej kwestii. A jednak- siedem lat  życia z Sarą sprawiło, że na widok wieprzowiny, czy jakiegokolwiek innego „kiedyś żywego” przysmaku dostaję odruchu wymiotnego. Wyobraź sobie, Drogi czytelniku, że to właśnie Ty kiedyś trafisz na czyjś talerz, jako osobnik do tego przeznaczony. Straszne, prawda?

Wróciwszy natomiast do luster, muszę przyznać, że nawet kiedy mam okazję przejrzeć się w przypadkowym zwierciadle, rzadko kiedy skupiam się na postaci którą w nim widzę. Najwyraźniej nie mam już  motywacji ku temu, by dobrze się prezentować na forum publicznym. Dawniej twarz, którą mam okazję widzieć każdego dnia podczas porannej toalety mogłaby zostać nazwana „przystojną” a nawet „urzekająco atrakcyjną” (jak zwykła mawiać Sara podczas wielu gorących nocy, jakie razem spędziliśmy) , jednak aktualnie wyglądała, nie bójmy się tego powiedzieć- tragicznie, a jedyne miano, które mogła ewentualnie otrzymać to „urzekająco atrakcyjna twarz ćpuna”. W ostatnim czasie niespecjalnie o siebie dbałem i to było wyraźnie zauważalne-  tygodniowy zarost na twarzy, czy chociażby włosy, które nie widziały szamponu od pogrzebu mojej przyjaciółki Stacy nie mogły umknąć uwadze opinii publicznej. Dlatego też zdążyłem się już przyzwyczaić do licznych pomrukiwań oraz komentarzy na mój temat podczas przejazdu pociągiem, czy chociażby codziennej wizyty w miejscowym sklepie spożywczym.

Na szczęście  jakoś daję sobie z tym radę.

 

 

                                                  Piątek  24.XI.1995         2:35

 

    

     Sen.

     Boże. Znów miałem ten sen. Widziałem ją.

     Sara...

Stała nad moim łóżkiem. Stała i spoglądała na mnie.

     To sen... Boże to sen ...Powiedz, że to był tylko sen.

 

 

                                                 Niedziela 26.XI.1995     10:00

 

     Dzisiaj rano wstałem bardzo wcześnie, nie mogłem zasnąć.

Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że spacer o 5 rano nie jest znowu takim złym pomysłem. Co prawda lało jak z cebra i przyznam szczerze, że musiałem wyglądać jak skończony debil błądząc w strugach deszczu przez opustoszałe ulice miasta, jednak opinia jedynej osoby, którą spotkałem tego ranka- śmieciarza Billego, niespecjalnie mnie obchodziła.

Och...Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Drogi czytelniku, jak pięknie wygląda miasto w taki dzień jak dziś. Doprawdy polecam Ci z całego serca przechadzkę w deszczu o 5 rano (bez parasola oczywiście). Rzadko kiedy ma się okazję odkrywać uroki miasta, jednak w takim momencie, gdy na zewnątrz nikogo nie ma, a ulice wręcz toną w strugach deszczu nie zamieniłbym Soul Spring na nic innego.

Oczywiście to tylko pozory. Już niedługo, za parę godzin ulice ponownie miały zaroić się od ludzi. Idących do szkoły, pracy, czy po prostu wychodzących na niedzielną przechadzkę do kościoła, jednak wtedy, dzięki Bogu, mnie już tam nie będzie.

     Wędrując tak, między ponurymi, ledwie oświetlonymi przez słońce alejkami po raz pierwszy go zauważyłem.

Napis.

Wysoki na blisko dwa metry napis wydrapany w ścianie.

     Gdybyś wczoraj powiedział mi, że będę widział dwumetrowe litery wyryte głęboko wzdłuż budynków na Carpenter street pewnie zaśmiałbym Ci się prosto w twarz, jednak one tam były naprawdę i mówiły wyraźnie:

 

                                         ZRÓB TO DLA MNIE MICHAEL

    

     Z mieszaniną strachu i niedowierzania przetarłem oczy, lecz to nic nie dało- napis nadal tam był- z uderzającą precyzją przecinając dwie kamienice równolegle do ulicy. Pomimo monumentalnego charakteru poszczególnych wyrazów z nieukrywanym przerażeniem odkryłem, że było to pismo mojej żony.

     „Sara” powiedziałem mechanicznie, podchodząc do szarego budynku, wmawiając sobie, że to tylko autosugestia, efekt niewyspania, rodzaj przemęczenia.

Instynktownie starałem się znaleźć kogoś, kto mógłby potwierdzić autentyczność mojej wizji, jednak (co nie zdziwiło mnie zbytnio) ulica była całkowicie pusta.

Przez moment jeszcze stałem w strugach deszczu, zastanawiając się kto, i w jaki sposób mógł zrobić coś takiego.

Martwi ludzie nie piszą wiadomości na budynkach. Sara nie żyje od dwóch lat. To nie mogła być ona. Ktoś pewnie robił sobie ze mnie żarty, jakaś zgraja niewyżytych emocjonalnie nastolatków, którzy z braku zajęcia postanowili ponabijać się z cudzej tragedii.

Zrobiłem jeszcze dwa kroki do przodu, nie mogąc uwierzyć w to co widziały moje oczy.

     Dopiero gdy wsadziłem swoją rękę po łokieć w gigantyczną literę „E” zdałem sobie, sprawę , że dzisiejszego dnia spałem wystarczająco długo.

Jakimś cudem, moja małżonka, żywa, lub nie, była tu dziś i napisała dla mnie najbardziej przerażającą wiadomość w swoim życiu.                                                          

 

 

                                                                  16:35 

    

     W ciągu dzisiejszego dnia jeszcze trzy razy byłem na skrzyżowaniu Nathan i Carpenter Street.

Napisu już tam nie było.

 

    

     W życiu każdego z nas są chwile, gdy jesteśmy czegoś pewni.

Pewni rzeczy, które niekoniecznie muszą mieć wytłumaczenie w ogólnych prawach naszego świata.

Gdyby było inaczej, to nie mielibyśmy dzisiaj egzorcystów, wiary w życie pozagrobowe, czy nawet najbardziej oczywistej wiary w istotę najwyższą.

Rzeczy, których nie jesteśmy w stanie w żaden sposób wyjaśnić odsuwamy w najdalsze zakamarki naszej psychiki, w nadziei, że kiedyś przyjdzie dla nich wytłumaczenie.

Powiedz sam, Drogi czytelniku, czy nie zdarzyło Ci się nigdy oszukiwać samego siebie?

Przesłaniać prawdę argumentami, w które zupełnie nie wierzyłeś?

Czy kiedykolwiek starałeś się dotrzeć do prawdy za wszelką cenę?

Nie musisz mi odpowiadać.

     Ja wiem jedno- w chwilach, gdy los daje Ci szansę, daje Ci zezwolenie na poznanie prawdy, najświętszym obowiązkiem człowieka jest wykorzystanie takiej okazji.

     I ja mam zamiar ją wykorzystać.

 

  

     Była punktualnie godzina dwunasta, gdy stałem w strugach deszczu przed domem Jack’a Morgana. Był to niewątpliwie jeden z tych domów, które wyraźnie ukazywały jak wielkim marnotrawcą był ich właściciel. Wzbogacane zupełnie niepotrzebnymi „ozdobami”, marmurowymi posążkami aniołów, czy chociażby klamkami wykonanymi z platyny (co przy giętkości tego materiału, wydaje się być jedynie kolejną, snobistyczną zachcianką). Krótko rzecz ujmując- domy te tonęły wręcz w drobiazgach, które były wyłącznie kolejną manifestacją ich nazbyt bogatego właściciela.

     Minęły już blisko dwa lata od kiedy Morgan został mianowany redaktorem naczelnym British Express i muszę przyznać, że to było wyraźnie zauważalne.

Co prawda już pierwszego dnia, gdy go poznałem, nie można było powiedzieć o nim, że był biedny, jednak teraz, obserwując jego dom przez zamglone okulary marki Sonar autentycznie nabierałem respektu przed grubością jego portfela.

Aż dziw, ze ktoś kto przez tyle lat żył sam, wybudował taki dom tylko i wyłącznie dla siebie i swojej licznej służby.

Oczywiście fakt, że Morgan był stanu wolnego nie znaczył, iż stronił od kobiet. Ależ nie. Rzadko kiedy miało się okazję zauważyć go samego- wręcz przeciwnie, słynął z tego, że zawsze otaczał się stadkiem pięknych, młodych pań, które bardzo chętnie przyjmowały liczne prezenty, którymi je obdarowywał.

Widać Jack, wraz ze swoją posiwiałą głową, blisko pięćdziesięcioma latami na karku (oraz blisko milionem dolców na koncie) wciąż był dobrą partią, do tego stopnia, że nikogo nie zdziwił jego romans z żoną ministra Turnera, a w późniejszym czasie podobny romans,

z niespełna siedemnastoletnią  córką owego ministra.

Sukinsyn.

 

    

     Teraz nie było go w domu.

Srebrnoszary Mercedes, którym zwykł jeździć, był pewnie jakieś 20 kilometrów stąd, gdzieś pod oszklonym budynkiem redakcji BE, zaś sam Morgan siedział zapewne w dyrektorskim gabinecie numer 204, pykając swoją ulubioną holenderską fajkę, z kobietą wykonującą podobną (chodź nie do końca identyczną) czynność między jego nogami.

     Nie spodziewałem się nawet, że z tak dziecinną łatwością uda mi się dostać do środka.

Istniały dwie możliwości- albo Morgan był człowiekiem kompletnie głupim, zostawiając otwarte drzwi w willi, której cena na największych aukcjach szacowana była na blisko 10 milionów dolarów, albo też był niewyobrażalnie inteligentny i był w stanie przewidzieć, że niepozorny, nikomu nie przeszkadzający Michael Dougan zechce zemścić się na nim za śmierć swojej żony.

     Teraz już wiem.

Był głupi- zapomniał o włączeniu alarmu.

    

 

     Zgodnie z moimi przewidzeniami dom był pusty.

Jedynym powitaniem jakie otrzymałem było radosne poszczekiwanie dobermana Killera (który z mordercą miał tyle wspólnego, co Matka Teresa z terroryzmem).

     Służba miała dziś wolne a więc  miałem czas aż do powrotu Morgana z redakcji.

Rozejrzałem się pewnie po okolicy starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów z ogromnego hollu w jakim się znajdowałem. Co prawda plan domu Jack’a Morgana zdobyłem już dużo wcześniej , starannie wycinając go z lutowego wydania magazynu „Piękni i Bogaci”, jednak uznałem, ze znajomość tego pomieszczenia przyda mi się już niedługo.

Idealnie wypolerowane marmurowe kafelki w genialny sposób odbijały piękne malowidła, które znajdowały się na suficie.

Biblijne postaci przedstawione na nich, były ukazane w tak perfekcyjny sposób, że przez chwilę pomyślałem, iż nawet ich rzeczywiste odpowiedniki nie mogły wyglądać tak bardzo autentycznie. Każde malowidło było podpisane starannym, kaligraficznym pismem. Ofiarowanie Izaaka, Wielki Potop, ukaranie Sodomy. Wszystkie okryte zasłoną kolejnej biblijnej przypowieści, a zarazem przedstawione tak bardzo szczegółowo, że równie dobrze mogłyby być elementem historii współczesnej.

     Tylko jednego malowidła nie byłem w stanie zrozumieć.

Przedstawiało ono czarną damę- kobietę, której twarz zasłonięta była przez długi welon sięgający aż po ziemię, wokoło niebo było ozdobione czerwonymi ptakami, które niczym niemi posłańcy wprowadzali atmosferę nieuniknionej tragedii. 

Pomimo, że przedstawiona scena zasadniczo nie ukazywała niczego strasznego, przypadkowy obserwator odczuwał nieokreślony lęk. Sam nie wiem dlaczego. Może te ptaki tak bardzo mnie przerażały, unosiły się w powietrzu, niczym jacyś piekielni posłańcy.

Niemal słyszałem trzepotanie ich skrzydeł

W górę i w dół.

Z ciekawością przyjrzałem się opisowi tej przypowieści.

Gdy tylko moje oczy były w stanie ogarnąć napis widniejący pod malowidłem zamarłem w bezruchu.

Szkarłatne litery wbiły się w moją czaszkę niczym całe stado czerwonych ptaków.

W górę i w dół

 

                                               KOCHAM CIĘ MICHAEL

 

 

Poczułem jak nogi uginają mi się pod naporem jakiejś nieokreślonej, paraliżującej siły.

Na moment stado czerwonych ptaków uderzyło falą między moje źrenice.

Na moich oczach litery układały się w wyrazy. Wyrazy układały się w zdania. Zdania trafiały do mojego mózgu                                             

 

                                        PROSZĘ CIĘ MICHAEL

 

Resztkami aktywnych zmysłów spojrzałem na postać czarnej damy. Niczym za dotknięciem niewidzialnego pędzla, obraz począł się zmieniać, welon stopniowo zaczął odkrywać twarz kobiety, znikając jednocześnie gdzieś za stadem czerwonego ptactwa.

Już po chwili moja żona spoglądała na mnie z wyrzutem, wyraźnie szepcząc mi do ucha:

 

                                                MUSISZ TO ZROBIĆ 

 

 

                                             Poniedziałek 28.XI.1995          00:28

 

    Nawet nie zdajesz sobie sprawy, Drogi czytelniku jak wielkim dobrodziejstwem są dla nas wszelkie wynalazki dwudziestego pierwszego wieku.

Mikrofalówki, zmywarki, czy chociażby prezerwatywy.

Wszystkie stały się nieodłącznym elementem naszego życia, do tego stopnia, że nie wyobrażamy sobie dnia bez ich pomocy.

Weźmy na przykład laptopa.

Z pozoru zwykłe urządzenie, będące jedynie kolejnym ulepszeniem komputera stacjonarnego. A jednak to dzięki jego pomocy, możemy korzystać z edytorów tekstów niemalże w każdym miejscu. W pociągu, podczas długiej podróży samolotem.

Jednym słowem- wszędzie tam gdzie sięga energia elektryczna.

Pewnym ryzykiem jest co prawda pisanie na laptopie w wykładanej porcelanowymi kafelkami toalecie, wypełnionej na kilka centymetrów wodą, jednak postanowiłem, że specjalnie dla Ciebie, Drogi czytelniku zaryzykuję i nawet w tych ekstremalnych warunkach będę kontynuował pisanie mojego elektronicznego pamiętnika.

     Jack Morgan wyraźnie postarzał się od naszego ostatniego spotkania.

Jego dawniej piękna, wiecznie młoda twarz, teraz pokryta była licznymi zmarszczkami, które tylko potwierdzały, że człowiek, którego miałem przed swoim oczami, był jedynie podstarzałym pięćdziesięciolatkiem.

Mijają lata, a wraz z nimi zmieniają się ludzie.

Nawet ktoś taki jak Morgan.    

     Spoglądając na niego, z nieukrywaną satysfakcją muszę Ci powiedzieć, iż gdzieś w niebycie zniknął również ten słynny wzrok, który tak często wyprowadzał mnie z równowagi. Co prawda nawet pomimo swojej, niezręcznej pod wieloma względami sytuacji wciąż patrzył na mnie w ten charakterystyczny, wyniosły sposób, jednak teraz jego oczy nie mówiły „Wiesz, przed chwilą pierdoliłem twoją żonę”, lecz „Błagam, wypuść mnie palancie!”.

     Biedny Jack...

 

 

     Nie da się ukryć, że poczułem się lekko zaskoczony w chwili gdy Morgan obudził mnie ledwie przytomnego na błyszczących, marmurowych kafelkach w hollu. Od kilku dni miałem obmyślony świetny plan dobrania się do mojego biznesmena, jednak  w tej niezręcznej sytuacji, zostałem w brutalny sposób zmuszony do przyśpieszenia całej operacji.

Oczywiście nie narzekam.

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.       

     Jack leżał w wannie już od blisko dwóch godzin, i (muszę to z czystym sercem przyznać) biedaczek nie wyglądał najlepiej .

W prawdzie starałem się, by woda była w miarę możliwości ciepła, jednak, (jak to w życiu bywa) nie każdy dostaje to, na co ma ochotę i nawet ktoś taki jak Morgan, czasem może poleżeć w zimnej wodzie.

     Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo komicznie wygląda człowiek z różową rurką kurczowo zaciśniętą między zębami.

Wygląda zupełnie jak karp, którego wraz z Sarą staraliśmy się uwolnić do jeziora podczas naszej pierwszej wspólnej wigilii w 1985 roku.

Rybka Morgan.

Pasuje jak ulał.

Prawda czytelniku?

                                                                 

                                                                  1:03

                                                               

      Zresztą, chyba sam tego chciał.

Zasadniczo nie miałem zamiaru zabijać go już dziś, jednak Morganowi nie dało się odmówić jednej, szczególnej cechy- za dużo gadał.

Jeśli istniałaby możliwość rozdawania Oskarów za niewyparzony język, to jestem pewny w stu procentach, że moja rybka zgarnęłaby wszystkie nagrody w tej kategorii.

     Odszedł niedługo po wpół do pierwszej.

Biedny Morgan.

Z drugiej strony muszę mu oddać honor- wytrzymał naprawdę długo w tej wannie. Odliczając zgodnie z moim wodoodpornym zegarkiem Vaneco wegetował równo trzy godziny i 27 minut, oddychając przez różową, koktajlową rureczkę. Pewnie wytrzymałby dłużej, jednak los chciał inaczej.

     Przez moment zrobiło mi się go nawet żal. Szczerze.

Pomyśl sam, Drogi czytelniku jakbyś się czuł uwięziony przez ponad trzy godziny w wannie, modląc się tylko o to, żeby nie zasnąć, bo w przeciwnym razie umrzesz.

Wiem, że jestem okrutny, ale musisz mnie zrozumieć.

Morgan nie był złym człowiekiem.

Oczywiście, że nie.

Wielokrotnie dofinansowywał operacje biednych dzieci, wspomagał uchodźców z Meksyku, oraz wielu innych, poszkodowanych przez los ludzi.

Jack nie był złym człowiekiem. O nie.

Miał jednak jedną ważną, zasadniczo ważną wadę.

     Jego oczy zbyt często mówiły, że pierdolił moją żonę.

                                                                

                                                                 1:36  

 

Śniła mi się Sara.

Leżeliśmy razem w naszym mieszkaniu na Nathan Avenue.

Był chłodny grudniowy wieczór.

Chyba wigilia.

Tak... To musiała być wigilia.

Kochaliśmy się.

Sara unosiła się nad moją głową niczym kowboj,  oparta dłońmi o sosnowe wezgłowie łóżka.

Jej idealne piersi kołysały się swobodnie przed moimi oczami.

Pomimo, że doskonale zdawałem sobie sprawę, że to tylko sen, wszystkimi zmysłami czułem jej ciało.

Zapach perfum.

Dotyk dłoni.

Ciche westchnienia.

Głęboko wytężyłem słuch i usłyszałem jak delikatnie szepce moje imię.

„Michael...”

Na moment chciałem przerwać miłosny trans. Powiedzieć jak bardzo ją kocham, jak bardzo mi jej brakuje,  jednak musiała to wyczuć i delikatnie położyła swój palec na moich wargach.

„Michael ” wyszeptała „To już koniec”.

Po tych słowach uniosła swoją dłoń do góry zataczając nią małe kółko przed moimi oczami. W ciemnościach zauważyłem, że jej palec wskazujący zakończony jest długim na blisko trzy centymetry pazurem.

Wzdrygnąłem się z przerażeniem..

Sara przyłożyła dłoń do swojej lewej piersi, bez przerwy poruszając biodrami.

„Michael...”

Dostrzegłem jak zakrzywiony pazur zatapia się w jej skórze i powoli przesuwa się w górę. Krew trysnęła mi na twarz. Chciałem coś zrobić, krzyknąć żeby przestała, jednak z mojego gardła dobywał się jedynie cichy syk.

Nie przestawała wymawiać mojego imienia.

„Michael”

Już po chwili poczułem wstrząs spełnienia, który targnął ciałem mojej żony. Krew rozlała się obficie po pościeli.

Resztkami aktywnych zmysłów zobaczyłem symetryczny napis na piersiach Sary.

 

                                                                TO   TY